25.3.15

24.3.15

19.3.15




zadziwiające, dokąd wtargnął profetyzm. zadziwiające, jak umiera to, co nie żyje, co nie żyło, co umarło, nim się narodziło. potrzebuję, nie mniej niż potrzebuję przyznać, że potrzebuję - tego chłodnego, pustego miejsca tuż obok, tej szumiącej ciszy i drogi. tych obrazów, w które się wkradam krawędzią, które są mną i we mnie i ze mną. i w których ja jestem. zadziwiające, że płynie taka moc i potęga krwiobiegiem wszechświata, którego nijak nie potrafię zdradzić. wkrótce przyjdzie jesień, wiem na pewno.



16.3.15


15.3.15

14.3.15


12.3.15




pobłądziłaś, moja droga, zupełnie nienagle pobłądziłaś. w alternacji złości na miłość do nicości i niejednoznaczności niezdolnej udźwignąć równoczesność. już nie ma takich luster w tym domu, będących w stanie powiedzieć ci kim jesteś. twoje mizerne, autoapoteozujące się odbicie podjęło decyzję. ale czy ty?



10.3.15

9.3.15

7.3.15

6.3.15

4.3.15




chorowałam na zdrowie, przez ten krótki czas. do dziś, dziś, od dziś, ciągle, zastanawiam się, grzęznąc w ruchomym piasku pewności, czy nie pomyliłam morfiny z euforią i czy w sterylności nie było niedoskonałości, zdradliwej w niepozorności nieszczelności, czy czasem zwyczajnie nie pogubiłam się we własnych metaforach. tracę gęstość i trójwymiarowość na rzecz bycia warstwą kurzu na podłodze o kształcie światła księżyca, w okolicach godziny dzielącej noc na pół. wchłaniam w siebie, niepomna konsekwencji, srebrny półkształt drążony najprawdziwszymi kraterami, zapominając o sedymentacji morfiny na dnie bezdennego przeżywania i egzotyzując euforię. pragnę kosmosu i próżni, jak nigdy nie potrafię w dzień pragnąć miłości. czasem niewinnie ośmielam się wątpić w swoją materialność, wtedy wiem - jestem wszystkim, i nie ma już nic poza mną.



3.3.15