4.3.15




chorowałam na zdrowie, przez ten krótki czas. do dziś, dziś, od dziś, ciągle, zastanawiam się, grzęznąc w ruchomym piasku pewności, czy nie pomyliłam morfiny z euforią i czy w sterylności nie było niedoskonałości, zdradliwej w niepozorności nieszczelności, czy czasem zwyczajnie nie pogubiłam się we własnych metaforach. tracę gęstość i trójwymiarowość na rzecz bycia warstwą kurzu na podłodze o kształcie światła księżyca, w okolicach godziny dzielącej noc na pół. wchłaniam w siebie, niepomna konsekwencji, srebrny półkształt drążony najprawdziwszymi kraterami, zapominając o sedymentacji morfiny na dnie bezdennego przeżywania i egzotyzując euforię. pragnę kosmosu i próżni, jak nigdy nie potrafię w dzień pragnąć miłości. czasem niewinnie ośmielam się wątpić w swoją materialność, wtedy wiem - jestem wszystkim, i nie ma już nic poza mną.