25.5.15

23.5.15


norway

20.5.15




chyba za dużo we mnie popiołu, za dużo kropel - słońce się we mnie mieni. czy to być może, że od jesieni nie spałam spokojnie, że mam oczy otwarte i płaczące, że się boję i biegnę, że zapominam nazwy orogenez. tęsknię, to na pewno być może, chyba nie umiem już nic więcej, może tylko geodezję leśną i matematykę. i muzykę, ocaloną z kruszejącego jaru, od którego coraz regularniej odwracam wzrok. śnię klify. nisze abrazyjne, w które wpasowuję się kształtem kręgosłupa. słucham. buduję warstwę izolacyjną z wilgotnych, ciepłych liści, które maskują moją niespójność. łączę się wzrokiem ze zmrokiem na pograniczu horyzontu. mam w płucach piasek, a w dłoniach wiatr. morze. na pewno.



19.5.15


norway

18.5.15


norway


12.5.15


norway

10.5.15




to tylko słowa. słowa-satelity. podpunkty wyjścia reinicjowane osiemset tysięcy lat świetlnych stąd, lub trochę dalej. jesteśmy matematycznie niepewni, rzuceni niedbale w szarociemną międzyprzestrzeń konsolidacji liczb pojedynczych i mnogich. już nie muszę zamykać oczu, żeby widzieć - ot, kolejny poziom izolacji. inicjacji. chemicznej zmiany własnej struktury, codziennie uboższej w molekuły. mam lat osiemset tysięcy, jeśli (uwierzysz, że) tu jestem naprawdę i jeśli mianowałam się kiedyś światłem, zapominając własne imię. może się minę ze sobą w pół drogi do domu, który jest światłocieniem odbitym, iluzją stworzoną na potrzeby teorii przeciwwagi. systematycznie dziurawię na ostrych gałęziach cienki płaszcz przeciwciał, przecież chciał, żebym miała przeciw wam tylko przezroczystą osłonkę odrealnienia, zapomniałam. że nie mam.



9.5.15

8.5.15


7.5.15

5.5.15

4.5.15




słabość i siła. i światłość. i na światło podatność. i lewitacja, nad mchem i między runem, pod podszyciem, na wskroś gałęziogłowy, przez poplątane, kiełkujące neurony, korony, spadające na głowy, wprost z drzew, na drzewa, przez drzewność i od każdej strony. dzielę znów pierwiastki na atomy, rozszczepiam światło i się uświatłoczulam. zapuszczam korzenie, wypuszczam liście, jestem taka piękna, kiedy patrzę przed siebie, i przed sobą się widzę, i wszędzie, w tym bezlustrzanym odbiciu, po tej samej stronie nieba, w połowie załamania światłocienia, gdzie światłośnienie bez przebudzenia, na samym szczycie - u stóp drzewa.



3.5.15


2.5.15

1.5.15