6.6.15




nie mieszczę łez w sieciach rzęs, snów w kanonach śnienia, fantazji w granicach przyzwoitości. mam dziś trudności z negowaniem bólu, z zaprzeczaniem prawdzie, która wymyka się z cienkich szczelin poprawnych odpowiedzi. mam jedną pewność więcej, obwarowaną orszakiem pytań, z których powoli plotę ornament dekorujący betonowy klosz tego miasta. wizja ciasna, choć ukierunkowana na szerokość. byle tylko przejść krokiem pospiesznym przez przeszklony korytarz, byle tylko przejść. mam wzrok utkwiony w ocean. idę wewnętrzną stroną mozaiki lodowców i wodospadów. i wulkanów, o których myślę jako o skutkach rozsunięcia się płyt litosfery, dzięki któremu miałam dokąd zbudować most. na wskroś przez gejzery i wyzute ze śladów stóp czarnozielone pustkowia. przyszła wiosna. przed nami słońce wycięte w kształt pełni księżyca, jakiś głos i jakaś cisza, cumulonimbus inkrustowane altostratus, lub odwrotnie. odmawiam snu, odmawiam zasypiania, uderzam głową w ścianę deszczu, jestem sama, schowana w niekomfortowym kokonie pożądania tego, czego mi brak. czego i tak nie wyszarpię z luk w murze misternie skonstruowanego więzienia. czego nie mam.