12.12.15




ta pora dnia, pomiędzy wschodem a zachodem słońca, której tu nie ma, i to rozlane po wszystkim światło tej pory, która jest w zamian. gałęzie, co oplatają się wokół szyi i niewielkie znamiona na kształt znamienia, które zmieniło i zmienia bieg zdarzeń. w głowie plączą mi się galaktyki, obce planety, które odwiedzam pobieżnie w drodze do domu. nie odliczam dni i nie liczę godzin. patrzę w sam środek słońca, bo tylko ono jest w stanie zaimplantować mi indyferencję i wyciągnąć mnie za rękę z ciemnego pokoju. nie ma nic pomiędzy mną a horyzontem, jestem cienką linią na granicy własnego wzroku, jestem nierozpoczęta i nieskończona.