15.1.16




zamarznięte fale na wybrzeżu rzęs, co zwiastują przypływ i zatrzymany w pół słowa proces wyzdrowienia. nic nie ma tam, gdzie była potrzeba. głucha pustka osiadła na zakurzonej podłodze starego domu, który legł w gruzach ze zmęczenia milczeniem. w uszach słyszę jeszcze szum, co mnoży morze w falach rozbijających się o zimne skały. jeszcze pamiętam kornwalię i wyspy na najdalszym oceanie, co co noc obiecują zasklepienie i życie, które nie istnieje. rozprasza mnie każdy kolor, który nie pasuje do pozostałych i niepewność rozrzucona po wiolinowej stronie fortepianu. idąc prosto przed siebie docierasz w końcu do krawędzi.