7.3.16




zamykam oczy, szukając ciszy zaszczepionej podskórnie, gdzieś tam, gdzieś na pewno. topnieją śniegi metodą prób i błędów, akcji i reakcji, przyczyn i skutków. kończy się pora roku, co wrosła w serce i dotykała wszędzie, kończy się, choć nie potrafi opuścić mojego domu, trzyma wciąż w objęciach, kiedy łzy i wszystko to rozpuszczone chemicznie w jednorodnej substancji, dla struktury której postradałam co najmniej zmysły. nocą przemierzam puste ulice i ciemne, leśne drogi wyzute z końców i celów. wspinam się na zakazane wzgórze w kierunku zielonych świateł i tragicznie samotnych, spadających gwiazd. marznę i drżę z widokiem na roziskrzone w dole miasto, moje miasto, i ciemną otchłań groźnego morza. wyznaczam środek nocy z matematyczną dokładnością, rozrywam przestrzeń wzdłuż pęknięcia między zimą a wiosną, patrzę już tylko w niebo. już tylko niebo patrzy we mnie.