31.12.16




pękają gwiazdy wzdłuż rys, noc miesza się z dniem w warunkach beztlenowych. jestem wspólnym mianownikiem końca i początku, zamarzniętą kroplą w miejscu, gdzie łączą się masy powietrza, nasycają się i kondensują. w mojej głowie cisza prosi o głos, łoskot łusek i huk kul i trzask wystrzału i nagle wokół jest pustynia, a ja na jej skraju skradam się, kradnąc zakazane myśli o morzu. mam przed oczami ciągle gładkie niemal jak fale - skały, co wyrastają na końcu świata niczym gatunki endemiczne. liczne i czcze słowa milkną zagłuszone szumem. szumem wody. droga wiedzie zawsze na północ, zawsze na północ. dzisiaj i jutro. i nawet wtedy, kiedy piasek i kamienie, i zlodowacenie, i gdy w dłoniach już tylko wiatr, w dłoniach już tylko wiatr.